A gdyby tak rzucić te studia w cholerę i zrobić jakiś specjalistyczny kurs czy coś? - pomyślałem pewnego marcowego wieczoru roku pańskiego 2010. Tylko pytanie, jaki? Odpowiedź po chwili nasunęła się sama. Byłem wtedy na stażu w pewnej podbytowskiej firmie. Stażu, muszę to przyznać, dość niezwykłym... Oficjalnie w urzędzie pracy, na piśmie, byłem specjalistą ( hehe) ds kontroli jakości. Naprawdę wyglądało to tak, że faktycznie pracowałem w dziale kontroli jakości wyrobów gotowych, raczej jako taki typowy przynieś-podaj-przepisz do komputera, czasem tylko sprawdzając, czy gotowe elementy faktycznie mają wymiary takie, jakie mieć powinny. Tymczasem staż ten zaczął się wyjazdem służbowym i takowym się też skończył. Z tego, co pamiętam, miałem na początku zawieźć gotowe części do skrzyń biegów do Tczewa, zaś na sam koniec pojechałem do Rio de Świebodzineiro, miasta, gdzie Tesco powstało 4 lata przed Chrystusem. Najczęściej bywało tak, że pracowałem od 8 do 16, jechałem do domu na obiad a potem w trasę. Najczęściej właśnie do Tczewa i Świebodzina, aczkolwiek zdażyło mi się też pojechać do Warszawy, Chorzowa i na Słowację. Dobre to były czasy... Spałem w hotelu za służbowe pieniądze ( ale tylko, jak na dworze było zimno), tankowałem na Orlenie, za służbowe pieniądze, jedzenie i picie kupowałem... tak, zgadliście, na Orlenie, tak, zgadliście po raz drugi, za służbowe pieniądze. Dlaczego wspominam o tym Orlenie? No cóż, płaciłem pieniędzmi służbowymi, a punkty szły na moje prywatne konto. Było tego tyle, że już po 5 tygodniach spełniałem warunki do posiadania złotej karty ( w ciągu 6 miesięcy trzeba było uzbierać conajmniej 9 tysięcy punktów).
Właśnie wtedy odkryłem w sobie pasję do jeżdżenia samochodami. Nie przeszkadzała mi praca w różnych godzinach, tym bardziej, że miałem fajny układ z przełożonym - jeżeli w ciągu dnia roboczego przepracowałem 16 godzin, następnego dnia miałem wolne. Tak samo nie przeszkadzało mi spanie w samochodzie, tym bardziej, że dostawałem za to dodatkowe pieniądze. Nawet, jeżeli trzeba było w aucie spędzić 2 noce pod rząd. Po prostu wciągneło mnie jeżdżenie, podobała mi się muzyka złożona z świstu opon na drodze oraz miarowego mruczenia silnika w służbowej Skodzie Roomster. A jeśli do tego dodać włączenie mojej muzyki, to czasem taka jazda w nocy nabierała nowego wymiaru. To było coś niesamowitego, jak światła samochodu wydobywały z mroków nocy coraz to nowe kształty, droga pode mną przesuwała się w niezłym tempie, księżyc oblewał swoją poświatą krajobraz, a z głośników sączyła się taka na ten przykład muzyka: klik
Tak więc, tego marcowego wieczoru stwierdziłem, że zostanę kierowcą zawodowym...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz