czwartek, 19 grudnia 2013

   Chyba po raz pierwszy cieszę się z tego, że umowa o pracę się skończyła i nie będzie przedłużona...
   Jadę sobie z Piotrkowa Trybunalskiego w stronę Wrocławia. Koło miejscowości Syców, gdzie zaczyna się droga S8, jest sobie stacja paliw marki zaczynającej się na P i mającej swoje stacje tylko w województwach dolnośląskim i wielkopolskim. Zjeżdżam tam, celem załatwienia potrzeby fizjologicznej i przekąszenia czegoś na ciepło. Wracając do zestawu, zauważam, że jest on niepokojąco przechylony na prawą stronę - opony na osi napędowej tarły już o spód naczepy, plandeka była już wytarta, podczas gdy z drugiej strony mogłem spokojnie zmieścić moją dłoń. Obróconą pionowo. Ba, mogłem nawet lekko rozewrzeć palce. Pierwsza myśl - ku#wa, znowu. Druga myśl - ku#wa, trzeba będzie znowu z tym jełopem, co się mieni dyrektorem warsztatu, rozmawiać. No ale dobra, na początek łatwiejsze zadanie - dzwonię do spedytora, informując o kolejnej awarii. Ten każe mi chwilę poczekać i się rozłącza. Za chwilę dzwoni do mnie jełop:
- Witam panie Z., znowu jest pewien problem (opis stanu zestawu), da się to jakoś rozwiązać?
 - No ale ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć... Proszę podjechać na bazę.
 - No dobra, ok, to podjadę na bazę, rzuci pan okiem, będziemy się zastanawiać co dalej. Jeszcze jedno pytanie, mogę podnieść poduchy i tak dojechać?
 - No ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć...
   Pięknie, po prostu pięknie. Gość zarządza naprawami i nie jest w stanie mi odpowiedzieć na banalne pytanie. Dlaczego banalne? Paręnaście godzin później sam się dowiedziałem, czy taka jazda jest jeszcze bezpieczna. Nie jest. Na podniesionych poduchach gnam w stronę Oleśnicy, w miedzyczasie dzwoni jeszcze spedytor i każe przepinać naczepę do MANa.
   Przyjeżdżam na bazę. Scania jęczy i stęka, ale jeszcze daje radę trochę podnieść załadowaną naczepę. Opuszczam łapy, odblokowuję siodło, rozpinam zasilanie pneumatyczne naczepy. Wyjeżdżam Scanią. Huk, łomot, cisza. Łapy chyba nie wytrzymały i się schowały w prowadnicach, przez co czoło naczepy opiera się o ramę podwozia. Już nawet nie chce mi się klnąć. Chęci do puszczenia wielopiętrowej wiązanki w "łacinie" pofolgowałem, gdy przy ostatnim obrocie korby podczas opuszczania łap ta sie urwała* Próbuję wyczepić MANa, nie idzie, uchwyt zwalniający blokadę sworznia królewskiego rusza się tylko o parę cm i dalej nie idzie. Dzwonię do jełopa:
 - wie pan może jak odblokować siodło w MANie?
 - to pan tego nie wie? To co pan do cholery wie?
   Puszczają mi nerwy - wiem jak wkurwiać wkurwiających mnie ludzi. Wiesz jak to siodło odblokować czy nie?
 - to ja wiem, że umiesz wkurwiać. Typów siodeł jest 18 tysięcy, nie znam wszystkich.
 - no właśnie. Typów siodeł jest 18 tysięcy, jeżdżę dopiero 5 miesięcy, nie znam wszystkich. Proszę przyjechać i mi pokazać jak to zrobić. Halo. Halo?
   Rzucam zaklęcie urvamat!, żeby mieć cierpliwość i pokorę, a nie siłę, bo bym gościa rozwalił... Jełop w końcu przyjeżdża, widzi nisko opuszczoną naczepę, rzuca to samo zaklęcie - nawet nie raz, nie dwa a trzy razy. Ten to musi być załamany - myślę sobie. Streszczając się: zapalam papierosa i odpalam Scanię, coby ją znowu spiąć z naczepą. Jełop twierdzi, że to się nie uda. - Taaak? (głębokie zaciągnięcie się dymem), no to patrz! Kładę klocki drewniane na ramie, opuszczam podwozie na poduchach, podjeżdżam pod naczepę, podnoszę poduchy. Naczepa spoczywa na klockach, czoło naczepy jest już na wysokości siodła. Cofam, sprzęg chwyta sworzeń, naczepa jest w siodle. Zbieram klocki i rzucam oniemiałemu jełopowi pod nogi. Podłaczam kable i przewody i ruszam w stronę Wrocławia** i dalej na Lubań, Bolesławiec i Lubin, gdzie miałem punkty rozładunku. Spędzam w bazie 3 godziny, podczas których tracę nie tylko cenny czas, ale i nerwy. Czas - bo mimo, że miałem w Lubaniu awizację dopiero na 8 rano, chciałem dojechać koło 4 i się przekimać. Nerwy - chyba już wiecie dlaczego...

   Dlaczego opisuję tę sytuację? Teraz w poniedziałek byłem w biurze, żeby zdać niepotrzebne już tarczki do tacho, listy przewozowe i kartę drogową. Przy okazji pytam, czy dałoby jednak radę przedłużyć mi umowę po Nowym Roku. W odpowiedzi słyszę tylko: noooo, po tym co pan odwalił w sobotę to nie ma na to szans. Moją odpowiedzią było tylko pośpieszne wyjście z biura.

   RUTRO, mam nadzieję, że jedyny kontakt z toba będę miał już tylko 2 razy. Raz jak dostanę od was świadectwo pracy i drugi, jak mi przyślecie rozliczenie do fiskusa....

To, co działo się dalej w trasie, opiszę innym razem, historia warta opowiedzenia. Raczej ku przestrodze aniżeli zapamiętaniu przez potomnych.


* Miałem napisać korba po raz kolejny, ale zobaczyłem pewna Aleksandrę przed oczami i odpuściłem ;)
** Jacek, wiesz co się działo dalej w Wrocławiu :D

piątek, 6 grudnia 2013

   Sponsorem dzisiejszego odcinka będzie litera B. Zanim zabrałem się za pisanie posta, nie mogłem jakoś tak znaleźć natchnienia, ale ledwo co zaczełem pisać, wena spłynęła na mnie, jak nie przymierzając, śnieg, jak tylko wyszedłem z klatki bloku dzisiaj popołudniu. Zatem, do dzieła!

   Bardziej cię już chyba nie mogło popie*dolić - oto najczęściej słyszany komentarz, gdy podzieliłem się moim nowym planem życiowym z znajomymi. No cóż, stereotypy jak widać mają się dobrze. Uwierzcie mi, lub nie, nie była to jednak decyzja podjęta na szybko. Dobrych parę tygodni zajęło mi penetrowanie sieci w poszukiwaniu informacji o tym zawodzie, a i rzucić studia, będąc jednocześnie pod presją rodziny, nie było łatwo. Najcięższą batalię o to stoczyłem z rodzicami. Przygotowałem się do tego dobrze i używając naprawdę mocnych argumentów udowodniłem, że bardziej opłacalna dla mnie życiowo będzie truckerka niż studiowanie. Co ciekawsze, znalezienie argumentów nie było takie trudne, patrząc na to, co się w chwili obecnej dzieje na rynku pracy dla absolwentów wyższych uczelni. Układ na początku był prosty - rodzice płacą za moje studia, ja studiuję. Jednak będąc w połowie studiów, złapałem bakcyla na jeżdżenie.                   Rozważmy zatem moje 2 scenariusze życiowe:
   #1 - Studia i praca za biurkiem. Żeby skończyć studia, a studiowałem anglistykę, potrzebowałbym ok 10 tysięcy zł. Nie ma sprawy, rodzice wykładają, kończę studia i co dostaję? Papierek, że mam wykształcenie wyższe na poziomie licencjata oraz zaświadczenie, że znam język angielski na poziomie C2, czyli na ludzki tłumacząc, tak, jakbym od urodzenia mieszkał w Anglii i tylko po angielsku się komunikował. Z tym pierwszym - marne szanse na znalezienie pracy w zawodzie, chociażby w jakieś firmie. A ten drugi papierek... Takie samo zaświadczenie dostał bym po kursie CPE - Certificate of Proficiency in English, którzy trwa rok i kosztuje ok 5 razy mniej niż całe studia. Podsumowując - 3 lata zmarnowane na zdobycie niewiele wartych papierów.
   #2 - Zdobycie uprawnień kierowcy zawodowego. Tutaj tylko krótki kosztorys: kategorie C, C+E, do tego Kwalifikacja Wstępna Przyśpieszona kosztowały mnie 6040 zł ( cena promocyjna - weź 3 kursy, dostań 400 zł zniżki). Badania lekarskie - 400 zł. Egzaminy (C zdane za drugim, C+E dopiero za piątym razem) 200 zł/szt. Dojazdy do Słupska i Gdańska - ok 2000 zł. Karta Kierowcy - 200 zł. Wymiana prawka na zawodowe - 100 zł. Po zsumowaniu otrzymujemy 10140 zł, a więc niewiele więcej, niż potrzebowałbym na skończenie studiów, a w zamian mogłem zacząć pracować w zawodzie, gdzie wypłaty zaczynają się od conajmniej 3000 zł/miesiąc. Jak na kolesia mającego już dawno 2 krzyżyk na karku, całkiem nieźle :D

   Przynajmniej, zapowiadała się niezła zabawa...

wtorek, 3 grudnia 2013

   3 tygodnie temu podczas wtaczania się pod wzgórza Trzebnickie padł mi termostat. Było to coś ciekawego dla mnie, pierwsza awaria na drodze...
   2 tygodnie temu posypała się skrzynia biegów. Wałki synchronizatorów? A co to jest? Bo tutaj ich już nie ma...
   W zeszłym tygodniu po prostu odpadło mi w ciągniku siodłowym, z prawej strony z tyłu, ramię, na którym jest przymocowany błotnik oraz lampy, Tylko zwisające smętnie kable od czasu do czasu iskrzeniem przypominały, że taki stan nie jest naturalny...
  Wczoraj. Staję w rajce na terenie Kuehne-Nagla, czekając aż zwolni się rampa, pod którą miałem się podstawić. Dyspozytorka dzwoni, że można się podstawiać. Żeby wyjechać, musiałem wjechać ciągnikiem na trawnik. Przy zjeżdżaniu rura wydechowa walnęła w krawężnik, odgięła się do góry i zaczęła naciskać na spust zbiornika osuszacza powietrza, W efekcie zaczęłem tracić powietrze w układzie pneumatycznym. System bezpieczeństwa zadziałał bezawaryjnie, dociskając klocki hamulcowe i unieruchamiając cały zestaw na środku drogi dojazdowej. No cóż, awaryjki, podnoszę ciągnik na poduchach i wpełzam pod niego coby zdiagnozować i usunąć problem. Po kilku minutach awaria usunięta, robię krok w kierunku kabiny i wtedy, nagle. KABUM! Wybuchła poduszka powietrzna...
  Albo ja mam takiego pecha, albo zestaw daje mi coraz mniej dyskretnie znać, że chciałby już odejść na emeryturę...

niedziela, 1 grudnia 2013

   A gdyby tak rzucić te studia w cholerę i zrobić jakiś specjalistyczny kurs czy coś? - pomyślałem pewnego marcowego wieczoru roku pańskiego 2010. Tylko pytanie, jaki? Odpowiedź po chwili nasunęła się sama. Byłem wtedy na stażu w pewnej podbytowskiej firmie. Stażu, muszę to przyznać, dość niezwykłym... Oficjalnie w urzędzie pracy, na piśmie, byłem specjalistą ( hehe) ds kontroli jakości. Naprawdę wyglądało to tak, że faktycznie pracowałem w dziale kontroli jakości wyrobów gotowych, raczej jako taki typowy przynieś-podaj-przepisz do komputera, czasem tylko sprawdzając, czy gotowe elementy faktycznie mają wymiary takie, jakie mieć powinny. Tymczasem staż ten zaczął się wyjazdem służbowym i takowym się też skończył. Z tego, co pamiętam, miałem na początku zawieźć gotowe części do skrzyń biegów do Tczewa, zaś na sam koniec pojechałem do Rio de Świebodzineiro, miasta, gdzie Tesco powstało 4 lata przed Chrystusem. Najczęściej bywało tak, że pracowałem od 8 do 16, jechałem do domu na obiad a potem w trasę. Najczęściej właśnie do Tczewa i Świebodzina, aczkolwiek zdażyło mi się też pojechać do Warszawy, Chorzowa i na Słowację. Dobre to były czasy... Spałem w hotelu za służbowe pieniądze ( ale tylko, jak na dworze było zimno), tankowałem na Orlenie, za służbowe pieniądze, jedzenie i picie kupowałem... tak, zgadliście, na Orlenie, tak, zgadliście po raz drugi, za służbowe pieniądze. Dlaczego wspominam o tym Orlenie? No cóż, płaciłem pieniędzmi służbowymi, a punkty szły na moje prywatne konto. Było tego tyle, że już po 5 tygodniach spełniałem warunki do posiadania złotej karty ( w ciągu 6 miesięcy trzeba było uzbierać conajmniej 9 tysięcy punktów).
   Właśnie wtedy odkryłem w sobie pasję do jeżdżenia samochodami. Nie przeszkadzała mi praca w różnych godzinach, tym bardziej, że miałem fajny układ z przełożonym - jeżeli w ciągu dnia roboczego przepracowałem 16 godzin, następnego dnia miałem wolne. Tak samo nie przeszkadzało mi spanie w samochodzie, tym bardziej, że dostawałem za to dodatkowe pieniądze. Nawet, jeżeli trzeba było w aucie spędzić 2 noce pod rząd. Po prostu wciągneło mnie jeżdżenie, podobała mi się muzyka złożona z świstu opon na drodze oraz miarowego mruczenia silnika w służbowej Skodzie Roomster. A jeśli do tego dodać włączenie mojej muzyki, to czasem taka jazda w nocy nabierała nowego wymiaru. To było coś niesamowitego, jak światła samochodu wydobywały z mroków nocy coraz to nowe kształty, droga pode mną przesuwała się w niezłym tempie, księżyc oblewał swoją poświatą krajobraz, a z głośników sączyła się taka na ten przykład muzyka: klik
   Tak więc, tego marcowego wieczoru stwierdziłem, że zostanę kierowcą zawodowym...

piątek, 29 listopada 2013

Słowem wstępu o mnie...

Cześć!
   Mam na imię Łukasz, urodziłem się w Gryficach roku pańskiego 1989. Mówiąc oględnie, był to dobry rocznik... Dla win, przemian geopolitycznych w Europie centralnej no i dla młodzieży, aczkolwiek patrząc na moich niektórych rówieśników, no cóż... Nie zawsze natura działa tak jak powinna i funduje co niektórym pustki w głowach. Ale do rzeczy. Przez większą część życia mieszkałem na Kaszubach i od małego ciągnęło mnie w świat. Już do legendy przeszła anegdota o tym, jak mając 4 lata pojechałem sobie na małym, dziecięcym rowerku, od babci do domu. Przez całe miasto, liczące ok 17 tysięcy mieszkańców. Na początku szukało mnie całe osiedle, ojciec na motorze jeździł po lesie, szukając mnie. Po paru godzinach do akcji właczyła się policja, czyli dobre parędziesiąt osób szukało mnie wszędzie, tylko nie tam, gdzie byłem. Żeby było weselej, matka moja nosiła wtedy pod sercem brata, więc wszyscy dodatkowo się denerwowali jak to powiedzieć, że jej pierworodny wyszedł i zaginął. Dopiero późnym wieczorem ojciec wrócił do domu, mocno zmęczony i dodatkowo obarczony misją delikatnego przekazania niezbyt miłej wiadomości. Trzeba by widzieć jego minę, jak się dowiedział, gdzie byłem...
   Myślę, że co jakiś czas będę wrzucał kolejnego posta, starając się dosłownie od A do Zet opowiedzieć o tym, jak to się stało, że jeżdżę zawodowo i jak to jest, prowadzić zestaw drogowy.
Do zobaczenia!