Niemcy. Autostrada A4, okolice Aachen, stacja Shell. Wiedziony chęcią wzięcia prysznicu w ludzkich warunkach zjeżdżam na stację, przeliczam drobniaki, biorę plecak i idę do kasy, zapłacić za prysznic. Pani w firmowym wdzianku i z firmowym uśmiechem na twarzy podaje mi klucze, na widok garści monet uśmiech znika. Nie, pani nie przyjmie tych pieniędzy, tak, ona wie, że są one ważnym środkiem płatniczym w Niemczech i w większości krajów UE, nie ona ma to gdzieś, jej się nie chce liczyć, a w ogóle idź sobie polaczku stąd i nie rań moich uszu swoim niemieckim z polskim akcentem. W zamian za zmarnowanie mojego czasu i podniesienie poziomu wkurwu do 6 kurwoton na godzinę - ZEMSTA!
Wracam do ciężarówki, z diabelskim uśmiechem liczę WSZYSTKIE klepaki, jakie tylko znajduję po zakamarkach mojego M3, ciuchów, plecaka, portfela. Wyszła całkiem spora garść na kwotę 10 euro, w większości złożona z monet o nominale do 20 Eurocentów. Ostrożnie cofam pod dystrybutor, tankuję za 9,99 Euro, po czym z uśmiechem nr 3 podchodzę do tej pani, wysypuję na ladę żelastwo i z uprzejmością informuję, że chciałbym zapłacić za tankowanie z takiego a takiego dystrybutora. Pani zamiera, z widocznym obłędem w oczach patrzy na kwotę na swoim ekraniku i kwotę leżącą przed nią. Przez chwilę miałem wrażenie, że z jej przegrzanego mózgu buchnia para uszami, a z rzyci poleci ogień. Z wzrokiem pełnym nienawiści pani przelicza kwotę i oddaje mi rachunek..
Coś czuję, że dla własnego bezpieczeństwa powinienem omijać tę stację przez dłuuugi okres czasu :D
Blog młodego kierowcy zawodowego
piątek, 17 czerwca 2016
wtorek, 9 lutego 2016
Coś o Słupsku ;)
Ha! Mimo, że z prawie rocznym opóźnieniem, ale w końcu mogę opisać dalsze moje przygody z truckerką! Dlaczego z takim opóźnieniem? Praca, praca, więcej pracy...
Po przygodzie z PKSem znowu rozpocząłem poszukiwania pracy. Jedna wspaniała oferta - kraj, wywrotka, Renault Magnum. Przyjechałem, pogadałem, obejrzałem zestaw: dość przepracowany, stary, ale jary. Zauważyłem, że lewa opona na osi napędowej jest praktycznie łysa. Proste pytanie do przyszłego pracodawcy - kiedy będzie wymiana? - Nooooo, może w przyszłym roku. - Dziękuję, odezwę się za parę dni. Zaraz po wyjeździe skasowałem numer i postarałem się zapomnieć o całej sprawie. Za parę dni brat mówi, że jego znajomy w firmie ma znajomego, co ma ciotkę, co ma kuzyna, który ma szwagra, który ma brata i ten brat ma znajomą, której chłopak mówi, że jest taka firma w Słupsku, co szuka kierowcy.* Wpadnij na chwilę – mówili... Zobacz jak tu jest fajnie – mówili... No to pojechałem
Pamiętam doskonale, jak zjawiłem się pod firmą i zobaczyłem, czym mam jeździć. Tandem. Znowu. Przypomniało mi się wszystko to, co przeszedłem w EMT, no ale skoro już przyjechałem, to czemu by nie spróbować pogonić kota duchom przeszłości.
Na początku było wszystko ok. Pieniądze może nie za wielkie, ale dla mnie o wiele ważniejszy był fakt, że miałem duży komfort pracy. Kierunki - różne, jeździłem na Słowację, Czechy, no i, oczywiście, na "cywilizowany" zachód, chociaż parę razy trafiły się kursy na Włochy i Anglię. Pierwszy zgrzyt miał miejsce w listopadzie 2014, kiedy to w domu spędziłem tylko 5 dni, zaś całą resztę miesiąca w trasie. Fakt, było 10 dni stania i czekania na ładunki, no ale 2300 zł wypłaty, w dodatku przed świętami, to śmiech na sali. Śmiech, który przeszedł w jęk grozy, kiedy szefo nie chciał nic dorzucić. Krótka piłka - wypłatę liczymy na 2 sposoby, albo jak do tej pory, albo same diety, bo za czapkę śliwek i michę ryżu to ja pracować nie zamierzam. A jak nie, to powodzenia w szukaniu nowego kierowcy na moje miejsce. - Dobra, dobra, niech będzie po twojemu. Potem do maja, jak to się mówi, kijowo, ale stabilnie - 3500 do 4000 zł/miesiąc. I potem przyszedł maj. I przestało być różowo. Za maj wypłata kosmiczna, szefo jak zobaczył to się lewą stopą przez plecy przeżegnał - 5200 złotych polskich. - No ale wiesz co Łukasz, żeby było sprawiedliwie, to powinno się twoim sposobem policzyć. Moja mina musiała wystarczyć za odpowiedź, bo do tematu więcej już nie wracaliśmy. Tylko że, od tamtego czasu komfort pracy zaczął maleć, coraz więcej trzeba było leżeć pod zestawem ( nie to, żebym umiał dokonać poważniejszych napraw, ale zdiagnozować problem trzeba było), a wypłata stała w miejscu. Czara goryczy przelała się w sierpniu, czego świadkiem była moja Dziewczyna ( pozdrawiam Kotek :*). Zauważyłem, że coś szybko paliwa mi ubywa, ergo coś się dzieje z zestawem, ergo telefon do pryncypała i potężne zjeby. Za kogo ja go mam, on nie jest gówniarzem, takie bajki to nie dla niego i że się pewnie kieszeń powietrzna utworzyła, taka na 50 litrów. Taaa, kieszeń powietrzna, na 50 litrów, w dwóch zbiornikach po 160 litrów każdy. Tja. Rozłączyłem się i nie odbierałem potem telefonów, bo pracę miałem i bez tego stresującą. Później okazało się, że paliwo się po prostu nie przelewało, a że smok tylko w jednym kociołku był, to i stąd szybkie ubywanie paliwa wynikało. Z końcem sierpnia i jednoczesnym końcem umowy o pracę przestałem pracować w Słupsku. Problemów z znalezieniem kolejnej pracy nie miałem, ale to już temat na kolejnego posta, któy obiecuję, pojawi się niebawem, a na pewno jeszcze w tym roku :C
*Tak naprawdę to ten znajomy brata miał iść tam pracować i faktycznie się okazało, że potrzebują kierowcy C+E. To, że gościu mi zjarał chłodziarkę 12V, podłączając ją pod 24V to swoją drogą...
Po przygodzie z PKSem znowu rozpocząłem poszukiwania pracy. Jedna wspaniała oferta - kraj, wywrotka, Renault Magnum. Przyjechałem, pogadałem, obejrzałem zestaw: dość przepracowany, stary, ale jary. Zauważyłem, że lewa opona na osi napędowej jest praktycznie łysa. Proste pytanie do przyszłego pracodawcy - kiedy będzie wymiana? - Nooooo, może w przyszłym roku. - Dziękuję, odezwę się za parę dni. Zaraz po wyjeździe skasowałem numer i postarałem się zapomnieć o całej sprawie. Za parę dni brat mówi, że jego znajomy w firmie ma znajomego, co ma ciotkę, co ma kuzyna, który ma szwagra, który ma brata i ten brat ma znajomą, której chłopak mówi, że jest taka firma w Słupsku, co szuka kierowcy.* Wpadnij na chwilę – mówili... Zobacz jak tu jest fajnie – mówili... No to pojechałem
Pamiętam doskonale, jak zjawiłem się pod firmą i zobaczyłem, czym mam jeździć. Tandem. Znowu. Przypomniało mi się wszystko to, co przeszedłem w EMT, no ale skoro już przyjechałem, to czemu by nie spróbować pogonić kota duchom przeszłości.
Na początku było wszystko ok. Pieniądze może nie za wielkie, ale dla mnie o wiele ważniejszy był fakt, że miałem duży komfort pracy. Kierunki - różne, jeździłem na Słowację, Czechy, no i, oczywiście, na "cywilizowany" zachód, chociaż parę razy trafiły się kursy na Włochy i Anglię. Pierwszy zgrzyt miał miejsce w listopadzie 2014, kiedy to w domu spędziłem tylko 5 dni, zaś całą resztę miesiąca w trasie. Fakt, było 10 dni stania i czekania na ładunki, no ale 2300 zł wypłaty, w dodatku przed świętami, to śmiech na sali. Śmiech, który przeszedł w jęk grozy, kiedy szefo nie chciał nic dorzucić. Krótka piłka - wypłatę liczymy na 2 sposoby, albo jak do tej pory, albo same diety, bo za czapkę śliwek i michę ryżu to ja pracować nie zamierzam. A jak nie, to powodzenia w szukaniu nowego kierowcy na moje miejsce. - Dobra, dobra, niech będzie po twojemu. Potem do maja, jak to się mówi, kijowo, ale stabilnie - 3500 do 4000 zł/miesiąc. I potem przyszedł maj. I przestało być różowo. Za maj wypłata kosmiczna, szefo jak zobaczył to się lewą stopą przez plecy przeżegnał - 5200 złotych polskich. - No ale wiesz co Łukasz, żeby było sprawiedliwie, to powinno się twoim sposobem policzyć. Moja mina musiała wystarczyć za odpowiedź, bo do tematu więcej już nie wracaliśmy. Tylko że, od tamtego czasu komfort pracy zaczął maleć, coraz więcej trzeba było leżeć pod zestawem ( nie to, żebym umiał dokonać poważniejszych napraw, ale zdiagnozować problem trzeba było), a wypłata stała w miejscu. Czara goryczy przelała się w sierpniu, czego świadkiem była moja Dziewczyna ( pozdrawiam Kotek :*). Zauważyłem, że coś szybko paliwa mi ubywa, ergo coś się dzieje z zestawem, ergo telefon do pryncypała i potężne zjeby. Za kogo ja go mam, on nie jest gówniarzem, takie bajki to nie dla niego i że się pewnie kieszeń powietrzna utworzyła, taka na 50 litrów. Taaa, kieszeń powietrzna, na 50 litrów, w dwóch zbiornikach po 160 litrów każdy. Tja. Rozłączyłem się i nie odbierałem potem telefonów, bo pracę miałem i bez tego stresującą. Później okazało się, że paliwo się po prostu nie przelewało, a że smok tylko w jednym kociołku był, to i stąd szybkie ubywanie paliwa wynikało. Z końcem sierpnia i jednoczesnym końcem umowy o pracę przestałem pracować w Słupsku. Problemów z znalezieniem kolejnej pracy nie miałem, ale to już temat na kolejnego posta, któy obiecuję, pojawi się niebawem, a na pewno jeszcze w tym roku :C
*Tak naprawdę to ten znajomy brata miał iść tam pracować i faktycznie się okazało, że potrzebują kierowcy C+E. To, że gościu mi zjarał chłodziarkę 12V, podłączając ją pod 24V to swoją drogą...
niedziela, 24 maja 2015
No
cóż... Dawno mnie tutaj nie było i szczerze napisawszy, nawet nie
spodziewałem się, że ten blog jeszcze istnieje, jednak teraz mam
nadzieję, że to się zmieni. Od ostatniego wpisu minął ponad rok,
przez ten czas wiele się wydarzyło, parę rzeczy się pozmieniało
dookoła mnie, jednak jedno pozostaje niezmienne – moja miłość
do jazdy zawodowej. Nadal uwielbiam tę muzykę, złożoną z
miarowego dudnienia silnika, świstu wiatru na owiewkach i gwizdu
turbiny, wciąż mam ochotę jechać przed siebie, podziwiać widoki
(których ostatnio nie brakuje) i próbować, gdzie piwo jest lepsze
( bo wiadomo – dziewczyny najładniejsze są w Polsce :D). No ale
przejdźmy do rzeczy...
Po przygodzie polegającej na wożeniu spożywki po Polsce udało mi
się złapać kolejną robotę i słowo daję, nic nie zapowiadało
gehenny, jaką miałem przejść później. Ot, facet mający
niewielką firmę transportową wylądował w szpitalu, jak wyszedł
firmy już praktycznie nie miał, ostał mu się jeno ostatni zestaw
typu tandem, w dodatku stojący w Dunkierce. Sprowadzić zestaw,
sprzedać go, uzyskując wkład w kredyt pozwalający na kupno trochę
lepszego i nowszego zestawu, wozić towary, uzyskać większą
zdolność kredytową, kupić kolejne zestawy – słowem, miałem
pomóc w rozkręceniu firmy na nowo i stanowić trzon nowej załogi.
Frachty miała zapewnić firma transportowa, mająca w swojej flocie
ponad 30 tandemów i jeżdżąca na trasach międzynarodowych.
Jednym tych zestawów dostałem się do Dunkierki, gdzie, jak już
wspomniałem, stało cudo, marki Renault Premium. Pomny ostrzeżeń
szefa, że poprzedni kierowca uszkodził zamek w drzwiach od strony
kierowcy i mógł zostawić lekki bałagan, z drżącym sercem
dojechałem na miejsce. U celu drżenie serca zamieniło się w opad
szczęki i ugięcie nóg: cudo wyglądało na pełnoletnie i nijak
nie mogłem uwierzyć, że zostało wyprodukowane raptem 11 lat
wcześniej, co jednak mogło być efektem stania przez miesiąc na
parkingu, gdzie stanowiło świetny cel dla ciapatych. Na szczęście
jedyne co osiągneli, to uszkodzenie zamka w drzwiach od strony
pasażera. Krótki raport sytuacyjny dla szeryfa i zapadła decyzja:
włam się, wyłamując zamek! No cóż, słowo ciałem się stało,
chociaż tu przybrało raczej formę płaskiego śrubokręta.
Zdążyłem tylko pomyśleć, że dla większego klimatu przydałoby
się ubrać kominiarkę, żeby wyglądać totalnie jak złodupiec,
mruknęłem do siebie, że tylko policji jeszcze brakuje... i słowo
ciałem znowu się stało, przybierając tym razem formę radiowozu z
dwoma żandarmami w środku. Nie mam bladego pojęcia, co sobie
pomyśleli na widok brodatego gościa ubranego w moro, w jasny dzień
grzebiącego śrubokrętem w drzwiach, ale trzeba im przyznać, do
sprawy podeszli o wiele spokojniej niż by to mogło wynikać z
kontekstu. Biorąc pod uwagę moją znajomość francuskiego już
widziałem siebie w dołku na komendzie, jednak po okazaniu
dokumentów i kluczyków do stacyjki, po prostu pożyczyli mi
szczęścia i sobie pojechali. Ot, waleczny narodek... Lekki bałagan
idealnie się zmieścił do trzech 50-litrowych worków na śmieci,
webasto okazało się niesprawne a stacyjka martwa. Lekarstwem na to
ostatnie okazało się podładowanie akumulatorów, jednak nie miałem
pojęcia co zrobić z rozbitym kontrolerem ogrzewania postojowego.
Czyli póki co wszystko w normie :)
Streszczając się: przewiozłem jeden ładunek z Belgii do Niemiec,
pod Stuttgart, potem czekałem 4 dni na ładunek, dopóki mi się nie
skończyła żywność. Po tych 4 dniach miałem już dość spania w
chłodzie. W aucie niesprawne były: prędkościomierz, skrzynia
biegów z sprzęgłem działały jak chciały, połówek nie szło
przełączać, linka od gazu zamarzała przy -2 stopniach, tak więc
nawet próby ogrzania kabiny niewiele dawały, pomijając fakt, że
na jałowych obrotach całość koszmarnie się telepała, zaś próby
zaśnięcia kończyły się po paru godzinach bólem głowy i karku
od drgań. W końcu się wkurzyłem i zjechałem do Polski na stopa.
Normalny kierowca skierował by swoje kroki do szefa i rzucił mu w
twarz kluczykami, dokumentami i wypowiedzeniem, jednak ja chciałem
być miły... i po 3 dniach znowu siedziałem w kabinie, czekając na
zlecenie. 3 ładunki, z których tylko jeden jest godny wzmianki.
Spedycja podała mi zły adres rozładunku, myląc się zaledwie
o...500 km i w ten sposób, zamiast pod Paryżem, znalazłem się pod
Annecy, niedaleko granicy francusko – włoskiej. Później tydzień
czekania na ładunek. Na parkingu fabryki Forda. W Saarlouis.
Tydzień. W jednym wielkim pieprzonym zagłębiu przemysłowym.
Niestety, na półtorej godziny przed końcem postawionego przeze
mnie ultimatum, ładunek się znalazł, w dodatku w stronę kraju, co
prawda rozładunek był w Niemczech, ale jednak kierunek się
zgadzał. Udało mi się w końcu sprowadzić zestaw do Wrocławia,
jednak szef do tej pory ( a minął już ponad rok), nie zapłacił
mi. Lekką ręka licząc, jest mi winien 10 tysięcy zł, jednak z
tego co wiem, przeprowadził się do Niemiec, w Polsce
jest
tylko na święta. Nie ma sensu opisywać tego, co mu zrobię za ten
miesiąc w piekle. Gdybym to zrobił, musiałbym wprowadzić słowa w
życia. A jak to się mawia, ubijesz śmiecia, odpowiesz jak za
człowieka.
Pracę w EMT odchorowywałem dość długo, nawet jak na mnie, jednak
kiedy na krótko przed Wielkanocą mój Dziadek powiedział, że jest
dla mnie robota w Gryficach, nie zastanawiałem się długo. Prezes
tamtejszego PKSu, stary znajomy i dawny zwierzchnik Dziadka obiecał
mu, że przyjmie jego wnuka na okres próbny, przy okazji dając mi
okazję do zdobycia doświadczenia tak niezbędnego w branży. Długo
jednak miejsca nie zagrzałem. Z dwóch powodów. Pierwszym było to,
że nie byłem w stanie zmienić koła. Śmiech może człowieka
ogarnąć, prawda? Kierowca zawodowy, który nie potrafi sobie
poradzić z kapciem. Jednak nie wtedy, kiedy jest to Iveco Stralis, a
kapeć jest z przodu ( słowem wyjaśnienia, Iveco jest z przodu
bardzo nisko zawieszone, miejsca jest wystarczająco tylko na
wciśnięcie podnośnika, jednak ten, który miałem nie był w
stanie tak wysoko dźwignąć piasty, żebym mógł nałożyć nowe
koło. Nawet mając dwa zdobyczne klocki drewniane i przykładając
podnośnik w innym miejscu osiągałem ten sam wynik, w efekcie czego
trzeba było wzywać serwis drogowy, który z swoim podnośnikiem
pneumatycznym zrobił w 10 minut to, czego ja nie byłem w stanie
dokonać przez 3 godziny) Drugim powodem, podobno najważniejszym,
był, uwaga! BRAK DOŚWIADCZENIA! Czaicie to ludzie? Zostałem
przyjęty po znajomości, żeby zdobyć doświadczenie a następnie
zwolniony z powodu braku takowego. Monty Python i Bareja razem wzięci
się mogą schować...
No
nic, trochę w domu posiedziałem, trochę ziemi na działce
zaorałem, aż przyszedł czwartek, a wraz z nim wydanie naszego
lokalnego tygodnika. Z jednego z ogłoszeń dowiedziałem, się, że
firma, do której aplikowałem przeszło rok wcześniej, poszukuje
kierowców. Krótka rozmowa kwalifikacyjna, krótki wywiad po firmie
i okazało się, że oprócz brata dziewczyny mojego brata, brata
mojej przesympatycznej koleżanki ( Roma, to o Tobie ;) ) jeździ tam
jeszcze ojciec mojej dawnej znajomej i to z nim miałem jechać w
trasę, celem przetestowania mnie. Nie będę się rozpisywał, więc
krótko wspomnę o 3 rzeczach: pobiłem rekord długości
zatrudnienia – przepracowałem całe 10 dni, znienawidziłem
belgów, tak jak nie cierpię francuzów, a jak słyszę nazwę
Arcelor Mittal to mam wręcz reakcję alergiczną.
Na
razie pracuję w jednej z firm transportowych z Słupska i o tym, jak
się w niej pracuje, napiszę w kolejnym poście już niedługo :)
czwartek, 19 grudnia 2013
Chyba po raz pierwszy cieszę się z tego, że umowa o pracę się skończyła i nie będzie przedłużona...
Jadę sobie z Piotrkowa Trybunalskiego w stronę Wrocławia. Koło miejscowości Syców, gdzie zaczyna się droga S8, jest sobie stacja paliw marki zaczynającej się na P i mającej swoje stacje tylko w województwach dolnośląskim i wielkopolskim. Zjeżdżam tam, celem załatwienia potrzeby fizjologicznej i przekąszenia czegoś na ciepło. Wracając do zestawu, zauważam, że jest on niepokojąco przechylony na prawą stronę - opony na osi napędowej tarły już o spód naczepy, plandeka była już wytarta, podczas gdy z drugiej strony mogłem spokojnie zmieścić moją dłoń. Obróconą pionowo. Ba, mogłem nawet lekko rozewrzeć palce. Pierwsza myśl - ku#wa, znowu. Druga myśl - ku#wa, trzeba będzie znowu z tym jełopem, co się mieni dyrektorem warsztatu, rozmawiać. No ale dobra, na początek łatwiejsze zadanie - dzwonię do spedytora, informując o kolejnej awarii. Ten każe mi chwilę poczekać i się rozłącza. Za chwilę dzwoni do mnie jełop:
- Witam panie Z., znowu jest pewien problem (opis stanu zestawu), da się to jakoś rozwiązać?
- No ale ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć... Proszę podjechać na bazę.
- No dobra, ok, to podjadę na bazę, rzuci pan okiem, będziemy się zastanawiać co dalej. Jeszcze jedno pytanie, mogę podnieść poduchy i tak dojechać?
- No ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć...
Pięknie, po prostu pięknie. Gość zarządza naprawami i nie jest w stanie mi odpowiedzieć na banalne pytanie. Dlaczego banalne? Paręnaście godzin później sam się dowiedziałem, czy taka jazda jest jeszcze bezpieczna. Nie jest. Na podniesionych poduchach gnam w stronę Oleśnicy, w miedzyczasie dzwoni jeszcze spedytor i każe przepinać naczepę do MANa.
Przyjeżdżam na bazę. Scania jęczy i stęka, ale jeszcze daje radę trochę podnieść załadowaną naczepę. Opuszczam łapy, odblokowuję siodło, rozpinam zasilanie pneumatyczne naczepy. Wyjeżdżam Scanią. Huk, łomot, cisza. Łapy chyba nie wytrzymały i się schowały w prowadnicach, przez co czoło naczepy opiera się o ramę podwozia. Już nawet nie chce mi się klnąć. Chęci do puszczenia wielopiętrowej wiązanki w "łacinie" pofolgowałem, gdy przy ostatnim obrocie korby podczas opuszczania łap ta sie urwała* Próbuję wyczepić MANa, nie idzie, uchwyt zwalniający blokadę sworznia królewskiego rusza się tylko o parę cm i dalej nie idzie. Dzwonię do jełopa:
- wie pan może jak odblokować siodło w MANie?
- to pan tego nie wie? To co pan do cholery wie?
Puszczają mi nerwy - wiem jak wkurwiać wkurwiających mnie ludzi. Wiesz jak to siodło odblokować czy nie?
- to ja wiem, że umiesz wkurwiać. Typów siodeł jest 18 tysięcy, nie znam wszystkich.
- no właśnie. Typów siodeł jest 18 tysięcy, jeżdżę dopiero 5 miesięcy, nie znam wszystkich. Proszę przyjechać i mi pokazać jak to zrobić. Halo. Halo?
Rzucam zaklęcie urvamat!, żeby mieć cierpliwość i pokorę, a nie siłę, bo bym gościa rozwalił... Jełop w końcu przyjeżdża, widzi nisko opuszczoną naczepę, rzuca to samo zaklęcie - nawet nie raz, nie dwa a trzy razy. Ten to musi być załamany - myślę sobie. Streszczając się: zapalam papierosa i odpalam Scanię, coby ją znowu spiąć z naczepą. Jełop twierdzi, że to się nie uda. - Taaak? (głębokie zaciągnięcie się dymem), no to patrz! Kładę klocki drewniane na ramie, opuszczam podwozie na poduchach, podjeżdżam pod naczepę, podnoszę poduchy. Naczepa spoczywa na klockach, czoło naczepy jest już na wysokości siodła. Cofam, sprzęg chwyta sworzeń, naczepa jest w siodle. Zbieram klocki i rzucam oniemiałemu jełopowi pod nogi. Podłaczam kable i przewody i ruszam w stronę Wrocławia** i dalej na Lubań, Bolesławiec i Lubin, gdzie miałem punkty rozładunku. Spędzam w bazie 3 godziny, podczas których tracę nie tylko cenny czas, ale i nerwy. Czas - bo mimo, że miałem w Lubaniu awizację dopiero na 8 rano, chciałem dojechać koło 4 i się przekimać. Nerwy - chyba już wiecie dlaczego...
Dlaczego opisuję tę sytuację? Teraz w poniedziałek byłem w biurze, żeby zdać niepotrzebne już tarczki do tacho, listy przewozowe i kartę drogową. Przy okazji pytam, czy dałoby jednak radę przedłużyć mi umowę po Nowym Roku. W odpowiedzi słyszę tylko: noooo, po tym co pan odwalił w sobotę to nie ma na to szans. Moją odpowiedzią było tylko pośpieszne wyjście z biura.
RUTRO, mam nadzieję, że jedyny kontakt z toba będę miał już tylko 2 razy. Raz jak dostanę od was świadectwo pracy i drugi, jak mi przyślecie rozliczenie do fiskusa....
To, co działo się dalej w trasie, opiszę innym razem, historia warta opowiedzenia. Raczej ku przestrodze aniżeli zapamiętaniu przez potomnych.
* Miałem napisać korba po raz kolejny, ale zobaczyłem pewna Aleksandrę przed oczami i odpuściłem ;)
** Jacek, wiesz co się działo dalej w Wrocławiu :D
Jadę sobie z Piotrkowa Trybunalskiego w stronę Wrocławia. Koło miejscowości Syców, gdzie zaczyna się droga S8, jest sobie stacja paliw marki zaczynającej się na P i mającej swoje stacje tylko w województwach dolnośląskim i wielkopolskim. Zjeżdżam tam, celem załatwienia potrzeby fizjologicznej i przekąszenia czegoś na ciepło. Wracając do zestawu, zauważam, że jest on niepokojąco przechylony na prawą stronę - opony na osi napędowej tarły już o spód naczepy, plandeka była już wytarta, podczas gdy z drugiej strony mogłem spokojnie zmieścić moją dłoń. Obróconą pionowo. Ba, mogłem nawet lekko rozewrzeć palce. Pierwsza myśl - ku#wa, znowu. Druga myśl - ku#wa, trzeba będzie znowu z tym jełopem, co się mieni dyrektorem warsztatu, rozmawiać. No ale dobra, na początek łatwiejsze zadanie - dzwonię do spedytora, informując o kolejnej awarii. Ten każe mi chwilę poczekać i się rozłącza. Za chwilę dzwoni do mnie jełop:
- Witam panie Z., znowu jest pewien problem (opis stanu zestawu), da się to jakoś rozwiązać?
- No ale ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć... Proszę podjechać na bazę.
- No dobra, ok, to podjadę na bazę, rzuci pan okiem, będziemy się zastanawiać co dalej. Jeszcze jedno pytanie, mogę podnieść poduchy i tak dojechać?
- No ja nie wiem, ja muszę to zobaczyć...
Pięknie, po prostu pięknie. Gość zarządza naprawami i nie jest w stanie mi odpowiedzieć na banalne pytanie. Dlaczego banalne? Paręnaście godzin później sam się dowiedziałem, czy taka jazda jest jeszcze bezpieczna. Nie jest. Na podniesionych poduchach gnam w stronę Oleśnicy, w miedzyczasie dzwoni jeszcze spedytor i każe przepinać naczepę do MANa.
Przyjeżdżam na bazę. Scania jęczy i stęka, ale jeszcze daje radę trochę podnieść załadowaną naczepę. Opuszczam łapy, odblokowuję siodło, rozpinam zasilanie pneumatyczne naczepy. Wyjeżdżam Scanią. Huk, łomot, cisza. Łapy chyba nie wytrzymały i się schowały w prowadnicach, przez co czoło naczepy opiera się o ramę podwozia. Już nawet nie chce mi się klnąć. Chęci do puszczenia wielopiętrowej wiązanki w "łacinie" pofolgowałem, gdy przy ostatnim obrocie korby podczas opuszczania łap ta sie urwała* Próbuję wyczepić MANa, nie idzie, uchwyt zwalniający blokadę sworznia królewskiego rusza się tylko o parę cm i dalej nie idzie. Dzwonię do jełopa:
- wie pan może jak odblokować siodło w MANie?
- to pan tego nie wie? To co pan do cholery wie?
Puszczają mi nerwy - wiem jak wkurwiać wkurwiających mnie ludzi. Wiesz jak to siodło odblokować czy nie?
- to ja wiem, że umiesz wkurwiać. Typów siodeł jest 18 tysięcy, nie znam wszystkich.
- no właśnie. Typów siodeł jest 18 tysięcy, jeżdżę dopiero 5 miesięcy, nie znam wszystkich. Proszę przyjechać i mi pokazać jak to zrobić. Halo. Halo?
Rzucam zaklęcie urvamat!, żeby mieć cierpliwość i pokorę, a nie siłę, bo bym gościa rozwalił... Jełop w końcu przyjeżdża, widzi nisko opuszczoną naczepę, rzuca to samo zaklęcie - nawet nie raz, nie dwa a trzy razy. Ten to musi być załamany - myślę sobie. Streszczając się: zapalam papierosa i odpalam Scanię, coby ją znowu spiąć z naczepą. Jełop twierdzi, że to się nie uda. - Taaak? (głębokie zaciągnięcie się dymem), no to patrz! Kładę klocki drewniane na ramie, opuszczam podwozie na poduchach, podjeżdżam pod naczepę, podnoszę poduchy. Naczepa spoczywa na klockach, czoło naczepy jest już na wysokości siodła. Cofam, sprzęg chwyta sworzeń, naczepa jest w siodle. Zbieram klocki i rzucam oniemiałemu jełopowi pod nogi. Podłaczam kable i przewody i ruszam w stronę Wrocławia** i dalej na Lubań, Bolesławiec i Lubin, gdzie miałem punkty rozładunku. Spędzam w bazie 3 godziny, podczas których tracę nie tylko cenny czas, ale i nerwy. Czas - bo mimo, że miałem w Lubaniu awizację dopiero na 8 rano, chciałem dojechać koło 4 i się przekimać. Nerwy - chyba już wiecie dlaczego...
Dlaczego opisuję tę sytuację? Teraz w poniedziałek byłem w biurze, żeby zdać niepotrzebne już tarczki do tacho, listy przewozowe i kartę drogową. Przy okazji pytam, czy dałoby jednak radę przedłużyć mi umowę po Nowym Roku. W odpowiedzi słyszę tylko: noooo, po tym co pan odwalił w sobotę to nie ma na to szans. Moją odpowiedzią było tylko pośpieszne wyjście z biura.
RUTRO, mam nadzieję, że jedyny kontakt z toba będę miał już tylko 2 razy. Raz jak dostanę od was świadectwo pracy i drugi, jak mi przyślecie rozliczenie do fiskusa....
To, co działo się dalej w trasie, opiszę innym razem, historia warta opowiedzenia. Raczej ku przestrodze aniżeli zapamiętaniu przez potomnych.
* Miałem napisać korba po raz kolejny, ale zobaczyłem pewna Aleksandrę przed oczami i odpuściłem ;)
** Jacek, wiesz co się działo dalej w Wrocławiu :D
piątek, 6 grudnia 2013
Sponsorem dzisiejszego odcinka będzie litera B. Zanim zabrałem się za pisanie posta, nie mogłem jakoś tak znaleźć natchnienia, ale ledwo co zaczełem pisać, wena spłynęła na mnie, jak nie przymierzając, śnieg, jak tylko wyszedłem z klatki bloku dzisiaj popołudniu. Zatem, do dzieła!
Bardziej cię już chyba nie mogło popie*dolić - oto najczęściej słyszany komentarz, gdy podzieliłem się moim nowym planem życiowym z znajomymi. No cóż, stereotypy jak widać mają się dobrze. Uwierzcie mi, lub nie, nie była to jednak decyzja podjęta na szybko. Dobrych parę tygodni zajęło mi penetrowanie sieci w poszukiwaniu informacji o tym zawodzie, a i rzucić studia, będąc jednocześnie pod presją rodziny, nie było łatwo. Najcięższą batalię o to stoczyłem z rodzicami. Przygotowałem się do tego dobrze i używając naprawdę mocnych argumentów udowodniłem, że bardziej opłacalna dla mnie życiowo będzie truckerka niż studiowanie. Co ciekawsze, znalezienie argumentów nie było takie trudne, patrząc na to, co się w chwili obecnej dzieje na rynku pracy dla absolwentów wyższych uczelni. Układ na początku był prosty - rodzice płacą za moje studia, ja studiuję. Jednak będąc w połowie studiów, złapałem bakcyla na jeżdżenie. Rozważmy zatem moje 2 scenariusze życiowe:
#1 - Studia i praca za biurkiem. Żeby skończyć studia, a studiowałem anglistykę, potrzebowałbym ok 10 tysięcy zł. Nie ma sprawy, rodzice wykładają, kończę studia i co dostaję? Papierek, że mam wykształcenie wyższe na poziomie licencjata oraz zaświadczenie, że znam język angielski na poziomie C2, czyli na ludzki tłumacząc, tak, jakbym od urodzenia mieszkał w Anglii i tylko po angielsku się komunikował. Z tym pierwszym - marne szanse na znalezienie pracy w zawodzie, chociażby w jakieś firmie. A ten drugi papierek... Takie samo zaświadczenie dostał bym po kursie CPE - Certificate of Proficiency in English, którzy trwa rok i kosztuje ok 5 razy mniej niż całe studia. Podsumowując - 3 lata zmarnowane na zdobycie niewiele wartych papierów.
#2 - Zdobycie uprawnień kierowcy zawodowego. Tutaj tylko krótki kosztorys: kategorie C, C+E, do tego Kwalifikacja Wstępna Przyśpieszona kosztowały mnie 6040 zł ( cena promocyjna - weź 3 kursy, dostań 400 zł zniżki). Badania lekarskie - 400 zł. Egzaminy (C zdane za drugim, C+E dopiero za piątym razem) 200 zł/szt. Dojazdy do Słupska i Gdańska - ok 2000 zł. Karta Kierowcy - 200 zł. Wymiana prawka na zawodowe - 100 zł. Po zsumowaniu otrzymujemy 10140 zł, a więc niewiele więcej, niż potrzebowałbym na skończenie studiów, a w zamian mogłem zacząć pracować w zawodzie, gdzie wypłaty zaczynają się od conajmniej 3000 zł/miesiąc. Jak na kolesia mającego już dawno 2 krzyżyk na karku, całkiem nieźle :D
Przynajmniej, zapowiadała się niezła zabawa...
Bardziej cię już chyba nie mogło popie*dolić - oto najczęściej słyszany komentarz, gdy podzieliłem się moim nowym planem życiowym z znajomymi. No cóż, stereotypy jak widać mają się dobrze. Uwierzcie mi, lub nie, nie była to jednak decyzja podjęta na szybko. Dobrych parę tygodni zajęło mi penetrowanie sieci w poszukiwaniu informacji o tym zawodzie, a i rzucić studia, będąc jednocześnie pod presją rodziny, nie było łatwo. Najcięższą batalię o to stoczyłem z rodzicami. Przygotowałem się do tego dobrze i używając naprawdę mocnych argumentów udowodniłem, że bardziej opłacalna dla mnie życiowo będzie truckerka niż studiowanie. Co ciekawsze, znalezienie argumentów nie było takie trudne, patrząc na to, co się w chwili obecnej dzieje na rynku pracy dla absolwentów wyższych uczelni. Układ na początku był prosty - rodzice płacą za moje studia, ja studiuję. Jednak będąc w połowie studiów, złapałem bakcyla na jeżdżenie. Rozważmy zatem moje 2 scenariusze życiowe:
#1 - Studia i praca za biurkiem. Żeby skończyć studia, a studiowałem anglistykę, potrzebowałbym ok 10 tysięcy zł. Nie ma sprawy, rodzice wykładają, kończę studia i co dostaję? Papierek, że mam wykształcenie wyższe na poziomie licencjata oraz zaświadczenie, że znam język angielski na poziomie C2, czyli na ludzki tłumacząc, tak, jakbym od urodzenia mieszkał w Anglii i tylko po angielsku się komunikował. Z tym pierwszym - marne szanse na znalezienie pracy w zawodzie, chociażby w jakieś firmie. A ten drugi papierek... Takie samo zaświadczenie dostał bym po kursie CPE - Certificate of Proficiency in English, którzy trwa rok i kosztuje ok 5 razy mniej niż całe studia. Podsumowując - 3 lata zmarnowane na zdobycie niewiele wartych papierów.
#2 - Zdobycie uprawnień kierowcy zawodowego. Tutaj tylko krótki kosztorys: kategorie C, C+E, do tego Kwalifikacja Wstępna Przyśpieszona kosztowały mnie 6040 zł ( cena promocyjna - weź 3 kursy, dostań 400 zł zniżki). Badania lekarskie - 400 zł. Egzaminy (C zdane za drugim, C+E dopiero za piątym razem) 200 zł/szt. Dojazdy do Słupska i Gdańska - ok 2000 zł. Karta Kierowcy - 200 zł. Wymiana prawka na zawodowe - 100 zł. Po zsumowaniu otrzymujemy 10140 zł, a więc niewiele więcej, niż potrzebowałbym na skończenie studiów, a w zamian mogłem zacząć pracować w zawodzie, gdzie wypłaty zaczynają się od conajmniej 3000 zł/miesiąc. Jak na kolesia mającego już dawno 2 krzyżyk na karku, całkiem nieźle :D
Przynajmniej, zapowiadała się niezła zabawa...
wtorek, 3 grudnia 2013
3 tygodnie temu podczas wtaczania się pod wzgórza Trzebnickie padł mi termostat. Było to coś ciekawego dla mnie, pierwsza awaria na drodze...
2 tygodnie temu posypała się skrzynia biegów. Wałki synchronizatorów? A co to jest? Bo tutaj ich już nie ma...
W zeszłym tygodniu po prostu odpadło mi w ciągniku siodłowym, z prawej strony z tyłu, ramię, na którym jest przymocowany błotnik oraz lampy, Tylko zwisające smętnie kable od czasu do czasu iskrzeniem przypominały, że taki stan nie jest naturalny...
Wczoraj. Staję w rajce na terenie Kuehne-Nagla, czekając aż zwolni się rampa, pod którą miałem się podstawić. Dyspozytorka dzwoni, że można się podstawiać. Żeby wyjechać, musiałem wjechać ciągnikiem na trawnik. Przy zjeżdżaniu rura wydechowa walnęła w krawężnik, odgięła się do góry i zaczęła naciskać na spust zbiornika osuszacza powietrza, W efekcie zaczęłem tracić powietrze w układzie pneumatycznym. System bezpieczeństwa zadziałał bezawaryjnie, dociskając klocki hamulcowe i unieruchamiając cały zestaw na środku drogi dojazdowej. No cóż, awaryjki, podnoszę ciągnik na poduchach i wpełzam pod niego coby zdiagnozować i usunąć problem. Po kilku minutach awaria usunięta, robię krok w kierunku kabiny i wtedy, nagle. KABUM! Wybuchła poduszka powietrzna...
Albo ja mam takiego pecha, albo zestaw daje mi coraz mniej dyskretnie znać, że chciałby już odejść na emeryturę...
2 tygodnie temu posypała się skrzynia biegów. Wałki synchronizatorów? A co to jest? Bo tutaj ich już nie ma...
W zeszłym tygodniu po prostu odpadło mi w ciągniku siodłowym, z prawej strony z tyłu, ramię, na którym jest przymocowany błotnik oraz lampy, Tylko zwisające smętnie kable od czasu do czasu iskrzeniem przypominały, że taki stan nie jest naturalny...
Wczoraj. Staję w rajce na terenie Kuehne-Nagla, czekając aż zwolni się rampa, pod którą miałem się podstawić. Dyspozytorka dzwoni, że można się podstawiać. Żeby wyjechać, musiałem wjechać ciągnikiem na trawnik. Przy zjeżdżaniu rura wydechowa walnęła w krawężnik, odgięła się do góry i zaczęła naciskać na spust zbiornika osuszacza powietrza, W efekcie zaczęłem tracić powietrze w układzie pneumatycznym. System bezpieczeństwa zadziałał bezawaryjnie, dociskając klocki hamulcowe i unieruchamiając cały zestaw na środku drogi dojazdowej. No cóż, awaryjki, podnoszę ciągnik na poduchach i wpełzam pod niego coby zdiagnozować i usunąć problem. Po kilku minutach awaria usunięta, robię krok w kierunku kabiny i wtedy, nagle. KABUM! Wybuchła poduszka powietrzna...
Albo ja mam takiego pecha, albo zestaw daje mi coraz mniej dyskretnie znać, że chciałby już odejść na emeryturę...
niedziela, 1 grudnia 2013
A gdyby tak rzucić te studia w cholerę i zrobić jakiś specjalistyczny kurs czy coś? - pomyślałem pewnego marcowego wieczoru roku pańskiego 2010. Tylko pytanie, jaki? Odpowiedź po chwili nasunęła się sama. Byłem wtedy na stażu w pewnej podbytowskiej firmie. Stażu, muszę to przyznać, dość niezwykłym... Oficjalnie w urzędzie pracy, na piśmie, byłem specjalistą ( hehe) ds kontroli jakości. Naprawdę wyglądało to tak, że faktycznie pracowałem w dziale kontroli jakości wyrobów gotowych, raczej jako taki typowy przynieś-podaj-przepisz do komputera, czasem tylko sprawdzając, czy gotowe elementy faktycznie mają wymiary takie, jakie mieć powinny. Tymczasem staż ten zaczął się wyjazdem służbowym i takowym się też skończył. Z tego, co pamiętam, miałem na początku zawieźć gotowe części do skrzyń biegów do Tczewa, zaś na sam koniec pojechałem do Rio de Świebodzineiro, miasta, gdzie Tesco powstało 4 lata przed Chrystusem. Najczęściej bywało tak, że pracowałem od 8 do 16, jechałem do domu na obiad a potem w trasę. Najczęściej właśnie do Tczewa i Świebodzina, aczkolwiek zdażyło mi się też pojechać do Warszawy, Chorzowa i na Słowację. Dobre to były czasy... Spałem w hotelu za służbowe pieniądze ( ale tylko, jak na dworze było zimno), tankowałem na Orlenie, za służbowe pieniądze, jedzenie i picie kupowałem... tak, zgadliście, na Orlenie, tak, zgadliście po raz drugi, za służbowe pieniądze. Dlaczego wspominam o tym Orlenie? No cóż, płaciłem pieniędzmi służbowymi, a punkty szły na moje prywatne konto. Było tego tyle, że już po 5 tygodniach spełniałem warunki do posiadania złotej karty ( w ciągu 6 miesięcy trzeba było uzbierać conajmniej 9 tysięcy punktów).
Właśnie wtedy odkryłem w sobie pasję do jeżdżenia samochodami. Nie przeszkadzała mi praca w różnych godzinach, tym bardziej, że miałem fajny układ z przełożonym - jeżeli w ciągu dnia roboczego przepracowałem 16 godzin, następnego dnia miałem wolne. Tak samo nie przeszkadzało mi spanie w samochodzie, tym bardziej, że dostawałem za to dodatkowe pieniądze. Nawet, jeżeli trzeba było w aucie spędzić 2 noce pod rząd. Po prostu wciągneło mnie jeżdżenie, podobała mi się muzyka złożona z świstu opon na drodze oraz miarowego mruczenia silnika w służbowej Skodzie Roomster. A jeśli do tego dodać włączenie mojej muzyki, to czasem taka jazda w nocy nabierała nowego wymiaru. To było coś niesamowitego, jak światła samochodu wydobywały z mroków nocy coraz to nowe kształty, droga pode mną przesuwała się w niezłym tempie, księżyc oblewał swoją poświatą krajobraz, a z głośników sączyła się taka na ten przykład muzyka: klik
Tak więc, tego marcowego wieczoru stwierdziłem, że zostanę kierowcą zawodowym...
Właśnie wtedy odkryłem w sobie pasję do jeżdżenia samochodami. Nie przeszkadzała mi praca w różnych godzinach, tym bardziej, że miałem fajny układ z przełożonym - jeżeli w ciągu dnia roboczego przepracowałem 16 godzin, następnego dnia miałem wolne. Tak samo nie przeszkadzało mi spanie w samochodzie, tym bardziej, że dostawałem za to dodatkowe pieniądze. Nawet, jeżeli trzeba było w aucie spędzić 2 noce pod rząd. Po prostu wciągneło mnie jeżdżenie, podobała mi się muzyka złożona z świstu opon na drodze oraz miarowego mruczenia silnika w służbowej Skodzie Roomster. A jeśli do tego dodać włączenie mojej muzyki, to czasem taka jazda w nocy nabierała nowego wymiaru. To było coś niesamowitego, jak światła samochodu wydobywały z mroków nocy coraz to nowe kształty, droga pode mną przesuwała się w niezłym tempie, księżyc oblewał swoją poświatą krajobraz, a z głośników sączyła się taka na ten przykład muzyka: klik
Tak więc, tego marcowego wieczoru stwierdziłem, że zostanę kierowcą zawodowym...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)