Po przygodzie polegającej na wożeniu spożywki po Polsce udało mi
się złapać kolejną robotę i słowo daję, nic nie zapowiadało
gehenny, jaką miałem przejść później. Ot, facet mający
niewielką firmę transportową wylądował w szpitalu, jak wyszedł
firmy już praktycznie nie miał, ostał mu się jeno ostatni zestaw
typu tandem, w dodatku stojący w Dunkierce. Sprowadzić zestaw,
sprzedać go, uzyskując wkład w kredyt pozwalający na kupno trochę
lepszego i nowszego zestawu, wozić towary, uzyskać większą
zdolność kredytową, kupić kolejne zestawy – słowem, miałem
pomóc w rozkręceniu firmy na nowo i stanowić trzon nowej załogi.
Frachty miała zapewnić firma transportowa, mająca w swojej flocie
ponad 30 tandemów i jeżdżąca na trasach międzynarodowych.
Jednym tych zestawów dostałem się do Dunkierki, gdzie, jak już
wspomniałem, stało cudo, marki Renault Premium. Pomny ostrzeżeń
szefa, że poprzedni kierowca uszkodził zamek w drzwiach od strony
kierowcy i mógł zostawić lekki bałagan, z drżącym sercem
dojechałem na miejsce. U celu drżenie serca zamieniło się w opad
szczęki i ugięcie nóg: cudo wyglądało na pełnoletnie i nijak
nie mogłem uwierzyć, że zostało wyprodukowane raptem 11 lat
wcześniej, co jednak mogło być efektem stania przez miesiąc na
parkingu, gdzie stanowiło świetny cel dla ciapatych. Na szczęście
jedyne co osiągneli, to uszkodzenie zamka w drzwiach od strony
pasażera. Krótki raport sytuacyjny dla szeryfa i zapadła decyzja:
włam się, wyłamując zamek! No cóż, słowo ciałem się stało,
chociaż tu przybrało raczej formę płaskiego śrubokręta.
Zdążyłem tylko pomyśleć, że dla większego klimatu przydałoby
się ubrać kominiarkę, żeby wyglądać totalnie jak złodupiec,
mruknęłem do siebie, że tylko policji jeszcze brakuje... i słowo
ciałem znowu się stało, przybierając tym razem formę radiowozu z
dwoma żandarmami w środku. Nie mam bladego pojęcia, co sobie
pomyśleli na widok brodatego gościa ubranego w moro, w jasny dzień
grzebiącego śrubokrętem w drzwiach, ale trzeba im przyznać, do
sprawy podeszli o wiele spokojniej niż by to mogło wynikać z
kontekstu. Biorąc pod uwagę moją znajomość francuskiego już
widziałem siebie w dołku na komendzie, jednak po okazaniu
dokumentów i kluczyków do stacyjki, po prostu pożyczyli mi
szczęścia i sobie pojechali. Ot, waleczny narodek... Lekki bałagan
idealnie się zmieścił do trzech 50-litrowych worków na śmieci,
webasto okazało się niesprawne a stacyjka martwa. Lekarstwem na to
ostatnie okazało się podładowanie akumulatorów, jednak nie miałem
pojęcia co zrobić z rozbitym kontrolerem ogrzewania postojowego.
Czyli póki co wszystko w normie :)
Streszczając się: przewiozłem jeden ładunek z Belgii do Niemiec,
pod Stuttgart, potem czekałem 4 dni na ładunek, dopóki mi się nie
skończyła żywność. Po tych 4 dniach miałem już dość spania w
chłodzie. W aucie niesprawne były: prędkościomierz, skrzynia
biegów z sprzęgłem działały jak chciały, połówek nie szło
przełączać, linka od gazu zamarzała przy -2 stopniach, tak więc
nawet próby ogrzania kabiny niewiele dawały, pomijając fakt, że
na jałowych obrotach całość koszmarnie się telepała, zaś próby
zaśnięcia kończyły się po paru godzinach bólem głowy i karku
od drgań. W końcu się wkurzyłem i zjechałem do Polski na stopa.
Normalny kierowca skierował by swoje kroki do szefa i rzucił mu w
twarz kluczykami, dokumentami i wypowiedzeniem, jednak ja chciałem
być miły... i po 3 dniach znowu siedziałem w kabinie, czekając na
zlecenie. 3 ładunki, z których tylko jeden jest godny wzmianki.
Spedycja podała mi zły adres rozładunku, myląc się zaledwie
o...500 km i w ten sposób, zamiast pod Paryżem, znalazłem się pod
Annecy, niedaleko granicy francusko – włoskiej. Później tydzień
czekania na ładunek. Na parkingu fabryki Forda. W Saarlouis.
Tydzień. W jednym wielkim pieprzonym zagłębiu przemysłowym.
Niestety, na półtorej godziny przed końcem postawionego przeze
mnie ultimatum, ładunek się znalazł, w dodatku w stronę kraju, co
prawda rozładunek był w Niemczech, ale jednak kierunek się
zgadzał. Udało mi się w końcu sprowadzić zestaw do Wrocławia,
jednak szef do tej pory ( a minął już ponad rok), nie zapłacił
mi. Lekką ręka licząc, jest mi winien 10 tysięcy zł, jednak z
tego co wiem, przeprowadził się do Niemiec, w Polsce
jest
tylko na święta. Nie ma sensu opisywać tego, co mu zrobię za ten
miesiąc w piekle. Gdybym to zrobił, musiałbym wprowadzić słowa w
życia. A jak to się mawia, ubijesz śmiecia, odpowiesz jak za
człowieka.
Pracę w EMT odchorowywałem dość długo, nawet jak na mnie, jednak
kiedy na krótko przed Wielkanocą mój Dziadek powiedział, że jest
dla mnie robota w Gryficach, nie zastanawiałem się długo. Prezes
tamtejszego PKSu, stary znajomy i dawny zwierzchnik Dziadka obiecał
mu, że przyjmie jego wnuka na okres próbny, przy okazji dając mi
okazję do zdobycia doświadczenia tak niezbędnego w branży. Długo
jednak miejsca nie zagrzałem. Z dwóch powodów. Pierwszym było to,
że nie byłem w stanie zmienić koła. Śmiech może człowieka
ogarnąć, prawda? Kierowca zawodowy, który nie potrafi sobie
poradzić z kapciem. Jednak nie wtedy, kiedy jest to Iveco Stralis, a
kapeć jest z przodu ( słowem wyjaśnienia, Iveco jest z przodu
bardzo nisko zawieszone, miejsca jest wystarczająco tylko na
wciśnięcie podnośnika, jednak ten, który miałem nie był w
stanie tak wysoko dźwignąć piasty, żebym mógł nałożyć nowe
koło. Nawet mając dwa zdobyczne klocki drewniane i przykładając
podnośnik w innym miejscu osiągałem ten sam wynik, w efekcie czego
trzeba było wzywać serwis drogowy, który z swoim podnośnikiem
pneumatycznym zrobił w 10 minut to, czego ja nie byłem w stanie
dokonać przez 3 godziny) Drugim powodem, podobno najważniejszym,
był, uwaga! BRAK DOŚWIADCZENIA! Czaicie to ludzie? Zostałem
przyjęty po znajomości, żeby zdobyć doświadczenie a następnie
zwolniony z powodu braku takowego. Monty Python i Bareja razem wzięci
się mogą schować...
No
nic, trochę w domu posiedziałem, trochę ziemi na działce
zaorałem, aż przyszedł czwartek, a wraz z nim wydanie naszego
lokalnego tygodnika. Z jednego z ogłoszeń dowiedziałem, się, że
firma, do której aplikowałem przeszło rok wcześniej, poszukuje
kierowców. Krótka rozmowa kwalifikacyjna, krótki wywiad po firmie
i okazało się, że oprócz brata dziewczyny mojego brata, brata
mojej przesympatycznej koleżanki ( Roma, to o Tobie ;) ) jeździ tam
jeszcze ojciec mojej dawnej znajomej i to z nim miałem jechać w
trasę, celem przetestowania mnie. Nie będę się rozpisywał, więc
krótko wspomnę o 3 rzeczach: pobiłem rekord długości
zatrudnienia – przepracowałem całe 10 dni, znienawidziłem
belgów, tak jak nie cierpię francuzów, a jak słyszę nazwę
Arcelor Mittal to mam wręcz reakcję alergiczną.
Na
razie pracuję w jednej z firm transportowych z Słupska i o tym, jak
się w niej pracuje, napiszę w kolejnym poście już niedługo :)
Życzę powodzenia w dalszej pracy jako kierowca. Wszyscy doskonale wiemy, jak ciężkie jest to zajęcie wbrew pozorom. Widzę, że ostatni wpis w Maju?! Czekamy na kolejne ;)
OdpowiedzUsuńAno, w maju. Od tamtego czasu mam bardzo dużo pracy, nie zawsze mam też chęć po dniu pracy skrobnąć chociaż parę linijek do nowego posta. Myślę, że przed Nowym Rokiem coś się pojawi :)
OdpowiedzUsuńAle widać, że to Twoja pasja, powodzenia ! :)
OdpowiedzUsuń26 year-old Electrical Engineer Isabella Ruddiman, hailing from Sheet Harbour enjoys watching movies like "Flight of the Red Balloon (Voyage du ballon rouge, Le)" and Lapidary. Took a trip to Quseir Amra and drives a Maserati Tipo 61. dodatkowy odczyt
OdpowiedzUsuńPraca jako kierowca ma swoje uroki, ale niestety też ciemne strony. Jeśli ktoś szuka informacji o mandatach z fotoradarów to polecam ten artykuł https://szybkagotowka.pl/Finanse/mandat-z-fotoradaru
OdpowiedzUsuń