niedziela, 24 maja 2015

No cóż... Dawno mnie tutaj nie było i szczerze napisawszy, nawet nie spodziewałem się, że ten blog jeszcze istnieje, jednak teraz mam nadzieję, że to się zmieni. Od ostatniego wpisu minął ponad rok, przez ten czas wiele się wydarzyło, parę rzeczy się pozmieniało dookoła mnie, jednak jedno pozostaje niezmienne – moja miłość do jazdy zawodowej. Nadal uwielbiam tę muzykę, złożoną z miarowego dudnienia silnika, świstu wiatru na owiewkach i gwizdu turbiny, wciąż mam ochotę jechać przed siebie, podziwiać widoki (których ostatnio nie brakuje) i próbować, gdzie piwo jest lepsze ( bo wiadomo – dziewczyny najładniejsze są w Polsce :D). No ale przejdźmy do rzeczy...
Po przygodzie polegającej na wożeniu spożywki po Polsce udało mi się złapać kolejną robotę i słowo daję, nic nie zapowiadało gehenny, jaką miałem przejść później. Ot, facet mający niewielką firmę transportową wylądował w szpitalu, jak wyszedł firmy już praktycznie nie miał, ostał mu się jeno ostatni zestaw typu tandem, w dodatku stojący w Dunkierce. Sprowadzić zestaw, sprzedać go, uzyskując wkład w kredyt pozwalający na kupno trochę lepszego i nowszego zestawu, wozić towary, uzyskać większą zdolność kredytową, kupić kolejne zestawy – słowem, miałem pomóc w rozkręceniu firmy na nowo i stanowić trzon nowej załogi. Frachty miała zapewnić firma transportowa, mająca w swojej flocie ponad 30 tandemów i jeżdżąca na trasach międzynarodowych. Jednym tych zestawów dostałem się do Dunkierki, gdzie, jak już wspomniałem, stało cudo, marki Renault Premium. Pomny ostrzeżeń szefa, że poprzedni kierowca uszkodził zamek w drzwiach od strony kierowcy i mógł zostawić lekki bałagan, z drżącym sercem dojechałem na miejsce. U celu drżenie serca zamieniło się w opad szczęki i ugięcie nóg: cudo wyglądało na pełnoletnie i nijak nie mogłem uwierzyć, że zostało wyprodukowane raptem 11 lat wcześniej, co jednak mogło być efektem stania przez miesiąc na parkingu, gdzie stanowiło świetny cel dla ciapatych. Na szczęście jedyne co osiągneli, to uszkodzenie zamka w drzwiach od strony pasażera. Krótki raport sytuacyjny dla szeryfa i zapadła decyzja: włam się, wyłamując zamek! No cóż, słowo ciałem się stało, chociaż tu przybrało raczej formę płaskiego śrubokręta. Zdążyłem tylko pomyśleć, że dla większego klimatu przydałoby się ubrać kominiarkę, żeby wyglądać totalnie jak złodupiec, mruknęłem do siebie, że tylko policji jeszcze brakuje... i słowo ciałem znowu się stało, przybierając tym razem formę radiowozu z dwoma żandarmami w środku. Nie mam bladego pojęcia, co sobie pomyśleli na widok brodatego gościa ubranego w moro, w jasny dzień grzebiącego śrubokrętem w drzwiach, ale trzeba im przyznać, do sprawy podeszli o wiele spokojniej niż by to mogło wynikać z kontekstu. Biorąc pod uwagę moją znajomość francuskiego już widziałem siebie w dołku na komendzie, jednak po okazaniu dokumentów i kluczyków do stacyjki, po prostu pożyczyli mi szczęścia i sobie pojechali. Ot, waleczny narodek... Lekki bałagan idealnie się zmieścił do trzech 50-litrowych worków na śmieci, webasto okazało się niesprawne a stacyjka martwa. Lekarstwem na to ostatnie okazało się podładowanie akumulatorów, jednak nie miałem pojęcia co zrobić z rozbitym kontrolerem ogrzewania postojowego. Czyli póki co wszystko w normie :)

Streszczając się: przewiozłem jeden ładunek z Belgii do Niemiec, pod Stuttgart, potem czekałem 4 dni na ładunek, dopóki mi się nie skończyła żywność. Po tych 4 dniach miałem już dość spania w chłodzie. W aucie niesprawne były: prędkościomierz, skrzynia biegów z sprzęgłem działały jak chciały, połówek nie szło przełączać, linka od gazu zamarzała przy -2 stopniach, tak więc nawet próby ogrzania kabiny niewiele dawały, pomijając fakt, że na jałowych obrotach całość koszmarnie się telepała, zaś próby zaśnięcia kończyły się po paru godzinach bólem głowy i karku od drgań. W końcu się wkurzyłem i zjechałem do Polski na stopa. Normalny kierowca skierował by swoje kroki do szefa i rzucił mu w twarz kluczykami, dokumentami i wypowiedzeniem, jednak ja chciałem być miły... i po 3 dniach znowu siedziałem w kabinie, czekając na zlecenie. 3 ładunki, z których tylko jeden jest godny wzmianki. Spedycja podała mi zły adres rozładunku, myląc się zaledwie o...500 km i w ten sposób, zamiast pod Paryżem, znalazłem się pod Annecy, niedaleko granicy francusko – włoskiej. Później tydzień czekania na ładunek. Na parkingu fabryki Forda. W Saarlouis. Tydzień. W jednym wielkim pieprzonym zagłębiu przemysłowym. Niestety, na półtorej godziny przed końcem postawionego przeze mnie ultimatum, ładunek się znalazł, w dodatku w stronę kraju, co prawda rozładunek był w Niemczech, ale jednak kierunek się zgadzał. Udało mi się w końcu sprowadzić zestaw do Wrocławia, jednak szef do tej pory ( a minął już ponad rok), nie zapłacił mi. Lekką ręka licząc, jest mi winien 10 tysięcy zł, jednak z tego co wiem, przeprowadził się do Niemiec, w Polsce
jest tylko na święta. Nie ma sensu opisywać tego, co mu zrobię za ten miesiąc w piekle. Gdybym to zrobił, musiałbym wprowadzić słowa w życia. A jak to się mawia, ubijesz śmiecia, odpowiesz jak za człowieka.

Pracę w EMT odchorowywałem dość długo, nawet jak na mnie, jednak kiedy na krótko przed Wielkanocą mój Dziadek powiedział, że jest dla mnie robota w Gryficach, nie zastanawiałem się długo. Prezes tamtejszego PKSu, stary znajomy i dawny zwierzchnik Dziadka obiecał mu, że przyjmie jego wnuka na okres próbny, przy okazji dając mi okazję do zdobycia doświadczenia tak niezbędnego w branży. Długo jednak miejsca nie zagrzałem. Z dwóch powodów. Pierwszym było to, że nie byłem w stanie zmienić koła. Śmiech może człowieka ogarnąć, prawda? Kierowca zawodowy, który nie potrafi sobie poradzić z kapciem. Jednak nie wtedy, kiedy jest to Iveco Stralis, a kapeć jest z przodu ( słowem wyjaśnienia, Iveco jest z przodu bardzo nisko zawieszone, miejsca jest wystarczająco tylko na wciśnięcie podnośnika, jednak ten, który miałem nie był w stanie tak wysoko dźwignąć piasty, żebym mógł nałożyć nowe koło. Nawet mając dwa zdobyczne klocki drewniane i przykładając podnośnik w innym miejscu osiągałem ten sam wynik, w efekcie czego trzeba było wzywać serwis drogowy, który z swoim podnośnikiem pneumatycznym zrobił w 10 minut to, czego ja nie byłem w stanie dokonać przez 3 godziny) Drugim powodem, podobno najważniejszym, był, uwaga! BRAK DOŚWIADCZENIA! Czaicie to ludzie? Zostałem przyjęty po znajomości, żeby zdobyć doświadczenie a następnie zwolniony z powodu braku takowego. Monty Python i Bareja razem wzięci się mogą schować...

No nic, trochę w domu posiedziałem, trochę ziemi na działce zaorałem, aż przyszedł czwartek, a wraz z nim wydanie naszego lokalnego tygodnika. Z jednego z ogłoszeń dowiedziałem, się, że firma, do której aplikowałem przeszło rok wcześniej, poszukuje kierowców. Krótka rozmowa kwalifikacyjna, krótki wywiad po firmie i okazało się, że oprócz brata dziewczyny mojego brata, brata mojej przesympatycznej koleżanki ( Roma, to o Tobie ;) ) jeździ tam jeszcze ojciec mojej dawnej znajomej i to z nim miałem jechać w trasę, celem przetestowania mnie. Nie będę się rozpisywał, więc krótko wspomnę o 3 rzeczach: pobiłem rekord długości zatrudnienia – przepracowałem całe 10 dni, znienawidziłem belgów, tak jak nie cierpię francuzów, a jak słyszę nazwę Arcelor Mittal to mam wręcz reakcję alergiczną.

Na razie pracuję w jednej z firm transportowych z Słupska i o tym, jak się w niej pracuje, napiszę w kolejnym poście już niedługo :)